Ameryka i ja: Farma brzoskwiniowa

07 września, 2013

Farma brzoskwiniowa


Po kilku tygodniach pobytu w Polsce, wracam do blogowania. Pewnie napiszę jeszcze coś na ten temat, że jak jestem tu (w USA), chce mi się skoczyć do kraju, a gdy jestem tam (w Polsce), chce mi się wracać tu. Dziś jednak nie o tym. Dziś o brzoskwiniowym sadzie.


Nie wiem czy w Polsce są już takie biznesy. Może i są. Ale nie sądzę, by wyglądało to tak, jak tu. Popołudniowy wypad na farmę, na której samodzielnie zbiera się owoce czy warzywa to - jak dla mnie - naprawdę fajna sprawa. Tu nie chodzi o to, by nazrywać Bóg wie ile, a potem robić pół nocy słoiki. Tu chodzi o to by ruszyć się z domu, spędzić trochę czasu na świeżym powietrzu, pokręcić się po sadzie, napełnić torbę czy dwie owocami, zapłacić i wrócić do miasta.

Pan X i ja wybraliśmy się ostatnio na jedną z takich farm, których pod Waszyngtonem jest sporo. Idea jest prosta. Przyjeżdżasz, dostajesz od właściciela torebkę lub kilka. Zrywasz tyle, ile chcesz a potem płacisz. 10 dolców za torebkę brzoskwiń. Jako, że nie nazrywaliśmy "z czubkiem",  właścicielka odliczyła nam dolara;) To było naprawdę fajne popołudnie.

















4 komentarze:

  1. Ależżż soczystości, mniammmmm

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspaniale zdjecia i komentarz. Jestes niezastapiona w swych relacjach z USA.
    Dzieki.
    Renata /California

    OdpowiedzUsuń
  3. piekne te brzoskwinie! takie soczyste, ze az slinka leci!
    Szkoda, ze we Wloszech nie ma takich farm, gdzie mozna samemu pojechac i nazrywac co sie chce...
    thernity

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wizytę na blogu. Zapraszam też na moje profile na Facebooku i Instagramie.