26 lutego, 2013

Słynne hamburgery

Przez kilka ostatnich dni widok z okna pokoju w Hollywood był taki : sznur samochodów w kolejce do okienka, z którego coś wydawano. Tak było rano, w południe, wieczorem.

-Co to jest? - pytałam Pana X.
-Pewnie jakaś żarłodajnia.
-Hamburgery?
-A co innego.



Logo tego czegoś nic mi nie mówiło, nie widziałam go wcześniej a może po prostu nie zwróciłam uwagi. Nie jestem fanką fast foodów i unikam ich jak ognia.
-Obok hotelu jest jakiś In-N-Out-Burger, ciągle tu jest kolejka - mówił do znajomego przez telefon Pan X.
-Stary, to najlepsze hamburgery w tej części Ameryki - odpowiedział znajomy.
-No to trzeba iść - powiedziałam do Pana X. Zwłaszcza, że mamy pod nosem.
-Przecież nie lubisz.
-Ale jak są słynne to chcę spróbować.

W środku był tłok, więc szybko pobiegłam zająć stolik, który akurat ktoś zwolnił. Pan X stanął w ogonku i wyraźnie się niecierpliwił. Ja w tym czasie przyglądałam się ludziom. Było tak, jak w amerykańskim fast foodzie, sporo rodzin z dziećmi a także mężczyzn, którzy w przerwie pracy wpadli na posiłek. Hamburgery musiały być jednak sławne, ponieważ pani obok robiła zdjęcia.



-Dostałem przy kasie pięćdziesiąty drugi numerek. W okienku obok wyczytywali dopiero dwudziesty któryś!  - narzekał Pan X, kiedy po jakimś czasie zjawił się z jedzeniem. Na tacy leżały dwa hamburgery i dwie porcje frytek plus ketchup. Cola - ma się rozumieć - też była.    
-Poczekaj, trzasnę fotę - powiedziałam do Pana X, powstrzymując go przed pierwszym chapsem. Głupio się jednak czułam robiąc zdjęcia hamburgerom, dlatego ograniczyłam się tylko do użycia telefonu.





-Szału nie ma - orzekł Pan X po pierwszych kęsach.
-Nie ma - przyznałam krótko i zakończyłam jedzenie po trzech gryzach.

Daję jednak plusa za to, że gumowa bułka, która stanowi podstawę każdego hamburgera, jest w tym przypadku opiekana z wewnętrznej strony. Dzięki temu "kanapka" jest lekko chrupiąca. Niestety nie jestem w stanie przetrawić kotleta, tłustego sera i ciężkiego sosu. Frytki? Cóż, mimo reklamy, że smaży się je na wolnym od cholesterolu oleju roślinnym, bardziej smakują mi te w McDonald's. Sorry.


 

Nie sugerujcie się jednak moją opinią, bo np. Ang Lee, który w niedzielę otrzymał Oscara za reżyserię filmu Życie Pi został sfotografowany tej samej nocy w Hollywood, jak zajada się hamburgerem tej sieci, trzymając w drugiej dłoni Oscara. Zdjęcie pojawiło się najpierw na Instagramie a potem opublikował je plotkarki portal TMZ.


22 komentarze:

  1. "Cóż, mimo reklamy, że smaży się je na wolnym od cholesterolu oleju roślinnym" - toż to największa zbrodnia, jaką można zrobić! Frytki powinno się smażyć na tłuszczu zwierzęcym! Najlepiej wołowym. Jeśli ktoś boi się cholesterolu, polecam tłuszcz gęsi - drogi, w Kielcach płace na bazarze 13-14 zł/kg, ale to bodaj najzdrowszy tłuszcz. Polecam wizytę w dobrych frytkodajniach (np. na Hożej, obok budynku DDTVN). Mistrzowie frytek, czyli Belgowie też używają tylko tłuszczy zwierzęcych. Tłuszcz roślinny nadaje się do sałatek na zimno, ma za niską temperaturę wrzenia żeby na nim smażyć. BTW - McDonald's bodaj do 1997 roku też smażył frytki na łoju wołowym, co sprawiało, że ich frytki miały ten niepowtarzalny smak.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę trzeba smażyć na tłuszczu zwierzęcym? Dobrze wiedzieć. Dawno sama nie smażyłam frytek, ale jeśli mi się zdarzało w przeszłości, zawsze był to olej roślinny:)

      Usuń
    2. McDonald kiedys smazyl na tluszczu wolowym, ale pozew sadowy to zakonczyl. Artykul: http://www.telegraph.co.uk/news/worldnews/asia/india/1331625/McDonalds-admits-using-beef-fat-for-vegetarian-french-fries.html

      Usuń
  2. Spróbuj, a sama zobaczysz, jaka jest różnica w smaku. Frytki, które jadłem na Hożej w Wawie smażą w tłuszczu wołowym prawie godzinę - frytki po pierwszym smażeniu muszą odpocząć, po drugim wrzuceniu na tłuszcz nabierają tej tkliwej chrupkości, zachowując jednocześnie soczystość wnętrza. Ja często mieszam różne tłuszcze np. smalec wieprzowy z gęsim.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno zrobię! Dzięki za wskazówki.

      Usuń
  3. Tak to już jest z tym amerykańskim jedzeniem, że nas Europejczyków nie powala na kolana. Ja jestem ze Szczecina i od jakiegoś czasu czytam Twój blog, fajnie bo dzięki temu jestem bliżej Kraju, który i mnie oczarował. Ja w zeszłym roku jadłam w Chicago w słynnym Cheesecake Factory sernik i muszę ze skromnością dodać, że sama robię lepszy. No ale fajnie, że można porównać. Pozdrawiam ))))

    OdpowiedzUsuń
  4. Co do fotek żarcia: to podobno taki nowy hipsterski obyczaj :-)
    Więc załapałaś się na pierwszą ligę ;-)
    A co do hamburgerów, to chętnie bym zjadł, chociaż najbardziej lubię kanapki Burger Kinga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O la la la, pierwsza liga:) W Burger Kingu jadłam ostatnio kulki czekoladowe, nie wiem czy to w Polsce jest, ale kulki były nawet ok:)

      Usuń
  5. uwielbiam twojego bloga, czytając go czuję się jakbym tam była :)!

    OdpowiedzUsuń
  6. Cześć.
    bloga śledzę od dłuższego czasu, ale do tej pory nie zabierałam głosu;)
    Tak jak poprzedniczka lubię Twojego bloga, za zdjęcia i za teksty. Nie byłam nigdy w USA, ale strasznie mnie interesują właśnie takie "życiowe" wpisy.
    Cieszę się, że zdjęć na blogu jest coraz więcej i na facebooku pojawiają się dodatkowo pojedyncze zdjęcia częściej, bo wcześniej to było dla mnie za rzadko :(

    I tak jak np. blogi modowe irytują mnie o tyle, że jest po kilkadzieści zdjeć tego samego ubrania, różnią się tylko pozą, albo nawet są identyczne, to tak na Twoim blogu nawet ogromna liczba zdjęć, właśnie hamburgerów, zwykłych ulic, serduszek amerykańskich.. jest bardzo mile widziana :)))

    Pozdrawiam ciepło z Wrocławia.
    Pewnie zdarza Ci sie, że nie chce Ci sie obrabiać zdjęć, pisać tekstów, dodasz jedno-dwa... przypomnij sobie wtedy, że takich milczków jak ja odwiedzających bloga jest pełno i mimo, że się nie znamy- czekamy z niecierpliwością na kolejne wieści od Ciebie :)

    Kasia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za kolejne miłe słowa. Jeśli możesz, nie bądź milczkiem:) Bo właśnie Wy - czytelnicy tego bloga, odzywając się do mnie, komentując, dajecie sygnał, że Was to ciekawi i sprawiacie, że chce mi się dodawać kolejne wpisy i zdjęcia.

      Nie jestem w stanie pisać codziennie. Ale zwrotna od Was bardzo mnie do kolejnych wpisów motywuje.

      Pozdrawiam serdecznie:)
      Lee albo Lidka

      Usuń
  7. No te hamburgery wyglądają całkiem, całkiem. I mówisz, ze było głupio tak robić zdjecia i wybrałaś komórkę a ta pani wcześniej to tam nic się nie przejmowała i pstrykała fotki aparatem prawie że profesjonalnym :)
    We Włoszech też mamy Burger King, ale nie słyszałam o czekoladowych kuleczkach. Może za rzadko chodzę. A co to są te kuleczki? Bo mi od razu te Nesquick do głowy przychodzą:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ale teraz to bym Nesquick zjadła.... od dziecka nie jadłam! jutro kupię, dla odświeżenia kubków smakowych :)

      Usuń
    2. Te kulki wyglądają jak pralinki. Są na ciepło. Z wierzchu jest chrupiąca skorupka a w środku lekko ciągnąca się czekoladowa masa. Nawet niezłe. Ja nie wiem czy to nowość, bo nie bywam w Burger Kingu. Ale akurat w tej sieci można dostać herbatę Lipton z cytryną, którą kocham, więc przy okazji zaliczyłam kulki:)

      Usuń
    3. KT - przez Ciebie wygrzebałam z szafki pudełko z Nesquickiem:) Nie zdołałam zjeść całego, Pan X mi zabrał!

      Usuń
  8. Jakos nigdy In&Out nie sprobowalam bo ich wyglad. Sadze ze sa dlatego popularne bo sa bardzo tanie.jedyne hamburgery jakie lubie to sa z Carl's Jr gdzie zamiast bulki jest lettuce wrap.chyba to nazywaja "low carb" burger.
    Naprawde fajne.
    amcapol

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy nie jadłam nic w Carl's Jr. Sałatowy "hamburger" - dobre:) Muszę skosztować.

      Usuń
  9. No to i ja wtrącę coś od siebie ;) Polecam "Five Guys Burgers". Już nawet nie chodzi o smak, bo jest to sprawą gustu, ale wyobraź sobie, wchodzisz do lokalu, a tam na dzień dobry worki z ziemniakami dookoła, potem widzisz jak ludzie skubią fistaszki w oczekiwaniu na zamówienie. Może to nie jest nic nadzwyczajnego, ale skorupki rzuca się na stół. Możesz nabrać ile chcesz z dużych kontenerów i podjadać. Następnym trikiem jest to, że wszystko jest przygotowywane na oczach klientów. Nie ma odgrodzonej części kuchennej od części dla klientów. Niby nic, a jednak dobrze jest patrzeć na ręce komuś kto przygotuje Twoje jedzonko. Na ścianach plakaty informujące, że restauracja nie reklamuje się nigdzie polegając tylko na poleceniu przez innych klientów. Mają tupet, ale cholera jeszcze nie zbankrutowali także myślę, że jest to najlepsza reklama. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  10. Bardzo fajnie, że trafiłam na Twojego bloga, bo mieszkam w Kalifornii i o ile nigdy wcześniej z nikim z Polski (oprócz mojego męża) nie konfrontowałam swoich spostrzeżeń, o tyle wiele z nich pokrywa się z Twoimi! Np. na temat Las Vegas i kasyn, niebywałe. Fajnie też poczytać wiadomości ze wschodniego wybrzeża! Zapraszam tym samym na mojego bloga - ruszył dopiero niedawno, http://www.jaion.pl :)

    Odnośnie In-n-Out - ta sieć jest bardzo popularna po tej stronie USA. Te burgery słyną za smaczne, ponieważ są robione na miejscu, mięso jest przygotowywane na miejscu jak i pozostałe składniki oraz frytki (zauważyłaś, że mają ślady skórki?). In-n-out są uznawane za najzdrowsze z burgerów. I mi osobiście rzeczywiście smakują dużo bardziej niż McDonald czy Burger King, wyglądem też najbardziej przypominają te domowe.

    Ale z fast foodów i tak w moim wypadku wygrywa Chipotle :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Nie jadłam, ale zawsze warto próbować, nigdy nie wiadomo co nam posmakuje :)

    OdpowiedzUsuń
  12. To jest kultowa sieć, koniec, kropka. Jako wegetarianka wpadam tam na frytki i bułki bez kotleta.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wizytę na blogu. Zapraszam też na moje profile na Facebooku i Instagramie.