14 lutego, 2013

Moje amerykańskie Walentynki



Nigdy nie przywiązywałam wagi do Walentynek. Ta presja, by na siłę świętować, kupować czekoladki, kwiatki czy inne gatki wydawała mi się śmieszna. Po przyjeździe do Ameryki nic się nie zmieniło. Oczywiście Pan X i ja trochę jednak ulegaliśmy, wręczając sobie jakieś drobiazgi i śmieszne kartki, ale naprawdę bez szaleństw.

W ubiegłym roku Pan X jednak uznał, że skoro jesteśmy w Ameryce, to należy choć raz zaszaleć po amerykańsku. W tym celu dwa dni przed, przyczepił do szyby w pokoju podświetlane na czerwono serce przebite strzałą. Gadżet oczywiście mnie rozbawił.
-Tandeta, co? - powiedział zadowolony z siebie Pan X.
-Tandeta, ale urocza.

 Dzień przed Pan X zakomunikował :
- Żadnej roboty w Walentynki wieczorem. Świętujemy po amerykańsku. W restuaracji.
-Ok. Jestem za.

Wizja mi się podobała, ale nie dlatego, że tak bardzo marzyłam o romantycznej kolacji akurat w tym dniu. Byłam po prostu ciekawa jak to wygląda w Ameryce. Chciałam zobaczyć te wszystkie pary, może nawet scenę jak z filmu, że pani pije szampana i nagle odnajduje na dnie kieliszka pierścionek zaręczynowy z dużym brylantem ( w Ameryce kamień musi być duży, im większy tym lepszy) a potem zalewa się łzami i mówi TAK. Chciałam przekonać się czy kelnerzy gadają jakieś dyrdymały ludziom przy stolikach,  proponując ekstra desery oraz czy są tylko pary.  Wiadomo, mogłabym potem to opisać;)

Dzień przed zleciał jak zwykle. Wieczorem okazało się, że w lodówce nie ma nic na kolację, więc pojechaliśmy do pobliskiego sklepu na szybkie zakupy. Przy wejściu była dosłownie ściana bukietów. Raczej nie widziałam wcześniej takiej ilości kwiatów.
-Może kupię ci już dziś? - żartował Pan X.
-Dawaj - odparłam szczerze i wybrałam sobie ładny bukiecik.
Pan X był zbity z tropu.
-Przecież nie będziesz gonił rano specjalnie po kwiaty.

W domu zjedliśmy kolację a ja zaczęłam czuć się źle. Pan X poczuł to samo kilka godzin później. Nie będę wdawać się w szczegóły. To była TA grypa. Następnego dnia, w Walentynki, kiedy leżeliśmy bezwładnie po nieprzespanej nocy, nie mogąc ruszyć ani ręką ani nogą, Pan X rzekł:
- Jak myślisz, gdybyś padli, po ilu dniach by nas znaleźli? 
Nie potrafiłam odpowiedzieć na to pytanie.
-Najlepiej do kogoś zadzwońmy!

Pan X uznał, że tylko rosół może postawić nas na nogi. Resztkami sił (nie wiem jak) pojechał do sklepu po kurę. Wrócił z ptakiem i kartonem z przezroczystą szybką. W środku były dwa smukłe czerwone kieliszki na wąskich nóżkach, przyozdobione szklanymi sercami.
-Możemy napić się z tego rosołu - zażartował słabo.
Po wyjęciu z kartonu okazało się, że jedna nóżka jest złamana.
-Niech to szlag! - wymamrotał Pan X.

W tym roku, z okazji Walentynek zjedliśmy w domu schabowego z buraczkami. Dalej nie wiem czy kelnerzy gadają zakochanym dyrdymały i czy panie znajdują w szampanie pierścionki. Może jeszcze kiedyś się przekonam.

Aha, trefne kieliszki zostały oddane do sklepu. Ale serce przebite strzałą zapakowałam do kartonu i wyciągnęłam po roku z szafy. Co tam, niech sobie wisi do końca tygodnia.








2 komentarze:

  1. Głupie święto, kocha się cały rok nie jeden dzień. A najbardziej denerwuje mnie widok "zakochanych" par z gimnazjum. Dno po prostu, dwoje obściskujących się 15 latków, którzy są ze sobą tydzień.
    pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. A mnie sie udalo byc w restauracji wczoraj w Toronto. Bylo bez usciskow,dyrdymalow,pierscionkow itp. Tylko drozej niz w dzien powszedni. Choc restauracja z gornej polki ogolnie. Niektore walentynkowe dziewczyny nosily czerwone szpilki. Ogolnie bez rewelacji. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wizytę na blogu. Zapraszam też na moje profile na Facebooku i Instagramie.