Ameryka i ja: Zima w DC

16 października, 2012

Zima w DC


Niebo nad Waszyngtonem dziwnie się zachmurzyło, dzieląc przestrzeń nad miastem na dwa pasy. Niżej, szaroniebieski z białymi chmurami gdzieniegdzie, wyżej była już tylko ciemnogranatowa otchłań.

-Czy to zapowiedź tornada? - zastanawiał się Pan X, kiedy staliśmy w oknie a ja robiłam zdjęcia.
Nawet w CNN pokazali ten widoczek. Ładnie to wyglądało w telewizji. Mniej groźnie niż na dołączonej fotografii.

Na Facebooku w tym czasie wyświetlały się kolejne newsy w aktualnościach. Znajomi wklejali nowe linki i zdjęcia a lokalny kanał ABC7 poinformował, że Waszyngton przygotowuje się do zimy. Jakiś pan odpowiedzialny za służby od odśnieżania, tłumaczył się przed władzą, czy wystarczy soli i pługów.

Czy to już? Czy znów coś tam sypnie, a w DC zapanuje zbiorowa histeria, z powodu której Pan X i ja utkniemy na siódmym piętrze na Bóg wie ile, bo zamkną dosłownie wszystko dookoła, a my poddamy się tej zbiorowej schizofrenii i pobiegniemy do sklepu razem z innymi wariatami, by wykupić wodę, mąkę, papier toaletowy i wszystko co się da? (Pan X uważa, że przesadzam z papierem).

-Jakie tu są zimy? - pytaliśmy latem, w 2009 roku osiedlając się w Waszyngtonie.
-Eeee tam, tu zimą niektórzy potrafią chodzić w klapkach i bluzkach.
-Nie pada śnieg?
-Śnieg? Jaki śnieg?!

No więc było tak. Pierwszej zimy spadło tyle, że po mieście można było biegać na nartach (niektórzy biegali). Półki w sklepach wyglądały jak za  komuny. Na kilka dni zamknęli wszystko. Szkoły, urzędy, firmy. Boże Narodzenie zaplanowaliśmy w Polsce, ale dotarliśmy z poślizgiem, bo samoloty przez jakiś czas nie latały. Przez wiele godzin koczowaliśmy na lotnisku w Londynie (z Waszyngtonu nie ma bezpośrednich lotów do Polski). Cała siatka połączeń posypała się i nie było dla nas samolotu. Ale mimo wszystko, udało nam się dojechać na Wigilię.

Rok później znów sypnął śnieg i znów to samo, tylko gorzej. Wigilię spędziliśmy w hotelu, na jakimś pustkowiu w Helsinkach. Na kolację zjedliśmy po talerzu wołowiny z ryżem i warzywami. Z niemocy wychyliliśmy po lufie, choć ani Pan X, ani ja nie jesteśmy wódkolubami.  Następnego dnia, siedząc na pustym lotnisku w stolicy Finlandii, patrzyliśmy tępo na ekran ładnej plazmy. Kopulowały kangury. Idealny film dla pasażerów z okazji pierwszego dnia świąt.

Ostatnia zima była dość łagodna. Zero przygód. Mam nadzieję, że w tym roku śnieg walnie w Boże Narodzenie (jak już będziemy w Polsce).

****

Poniżej kilka historycznych już fotek. Atak zimy w DC na przełomie 2009/2010.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za wizytę na blogu. Zapraszam też na moje profile na Facebooku i Instagramie.