Ameryka i ja: Yellowstone. Part Two

07 sierpnia, 2012

Yellowstone. Part Two


Obserwowanie zwierząt to chyba najfajniejsza i najbardziej emocjonująca część podróży przez Yellowstone. Jechaliśmy już ze 30 kilometrów, nie widzieliśmy nawet wiewiórki, kiedy przy drodze pojawił się znak ostrzegający o bizonach mogących wchodzić na jezdnię.

-Taaa, już to widzę jak będzie tu bizon szedł - rzekł kpiąco Pan X, który był lekko rozczarowany, bo jak wspomniałam, nie widzieliśmy dotąd ani jednego zwierzaka. To był nasz pierwszy dzień w Yellowstone. Chwilę wcześniej kupiliśmy bilet wstępu a ja zadałam pani strażniczce (z National Park Service) jedno z tych mądrych pytań w stylu "Gdzie można zobaczyć niedźwiedzia i czy może pani pokazać na mapie?". Pani owszem, pokazała ale dodała od razu, że nie jest to najlepszy okres w roku. Pan X marzył jednak by niedźwiedź stanął nam w poprzek drogi od razu. Ja - choć trochę się bałam - też chciałam. Jechaliśmy więc i jechaliśmy a niedźwiedzia nie było. Niczego nie było. Pojawił się tylko ten znak, że po drodze mogą się kręcić bizony.

Przejechaliśmy znak z bizonem i kilkaset metrów dalej wyrosła nam grupka osób wpatrująca się w jakiś punkt. To był znak, że coś tam jest. Chwilę później sami byliśmy częścią tego tłumu i patrzyliśmy na bohatera ze znaku drogowego. Był daleko. Najpierw jadł sobie trawkę, by potem przepłynąć strumień i zacząć iść w naszym kierunku. Bizon ruszał się powoli i w ogóle nie zwracał na nic uwagi. Potem, jak gdyby nigdy nic przeszedł przez jezdnię i poszedł sobie na inną łąkę.




-Hau, hau! - odszczekał zaraz po tym Pan X, który był bardzo zadowolony, ponieważ natrzaskaliśmy fot ile wlezie. Poza tym w końcu coś zobaczyliśmy. Takich sytuacji było potem jeszcze kilka z udziałem różnych zwierząt. Miałam wówczas okazję zobaczyć jak bardzo lekkomyślnie zachowują się niektórzy ludzie w pogoni za zdjęciem. Są to zwłaszcza osoby, które nie mają odpowiedniego sprzętu fotograficznego. Nie da się bowiem z odległości zrobić dobrego zdjęcia jeleniowi, bizonowi czy kojotowi gdy ma się do dyspozycji komórkę, aparat kompaktowy albo iPada. Tacy ludzie pchają do przodu niebezpiecznie. Fotka staje się najważniejsza.

Minęły trzy dni, zrobiliśmy mnóstwo zdjęć ale nadal nie spotkaliśmy niedźwiedzia. Widzieliśmy znaki ostrzegające przed niedźwiedziami, spraye przeciwko niedźwiedziom ale ich samych nie. Przemierzaliśmy dziesiątki kilometrów, po drodze zmieniały się krajobrazy a Pan X ciągle pytał :
- Jak myślisz, czy to jest misiowy las?
Nie byłam jednak w stanie udzielić Panu X fachowej odpowiedzi. Na misiach się bowiem mało znam. Próbowałam sobie przy okazji przypomnieć ze szkoły jak to jest z tym zimowym snem, ale też niewiele mi w głowie zostało.


-Dziś, na koniec dnia na pewno spotkamy misia, mówię ci! - zaklinał rzeczywistość Pan X.
Słońce było już dość nisko, gdy przed oczami wyrosła nam naprawdę duża grupa ludzi z lunetami oraz wielkim i dobrym sprzętem. Patrzyli na coś, co znajdowało się na polanie pod lasem, bardzo, bardzo daleko.
-Co tam jest? - pytaliśmy chwilę później starszego człowieka z lunetą.
-Niedźwiedź - odpowiedział i zachęcił byśmy popatrzyli przez jego sprzęt. 

Gdzieś w oddali przemieszczała się ciemna postać.
-Jest pan pewien, że to niedźwiedź? - pytałam miłego człowieka, który pozwolił skorzystać z lunety.
-Tak - padła odpowiedź.
Ja nie byłam w stanie ocenić czy to był rzeczywiście miś, za to wilki widziałam dokładnie. Były znacznie bliżej.
-No to zobaczyłeś niedźwiedzia chociaż z daleka - pocieszałam Pana X.
-Mówię ci, jeszcze dziś zobaczymy prawdziwego niedźwiedzia, nie jakieś widmo w lunecie - odparł Pan X.


Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy w kierunku północno-wschodniej bramy wjazdowej do parku. Jakiś kilometr przed granicą parku, Pan X krzyknął: Niedźwiedź! Trzydzieści-czterdzieści metrów od naszego auta, na polanie po mojej stronie (pasażera), szedł black bear czyli czarny niedźwiedź. Ja go nie zauważyłam, ale Pan X tak. Niedźwiedź - biorąc pod uwagę to, co jest napisane w gazecie dla turystów odwiedzających park - znajdował się niebezpiecznie blisko. Minimalna, bezpieczna dla człowieka odległość wynosi bowiem sto jardów czyli dziewięćdziesiąt jeden metrów. My siedzieliśmy jednak w samochodzie. Miś na szczęście nas nie widział a jeśli widział, to ignorował. Grzebał sobie w ziemi, pokręcił się po polanie i poszedł do lasu.

-Mówiłem ci, że na koniec dnia spotkamy misia - powiedział zadowolony Pan X.
To był rzeczywiście fart. Piękny okaz widziany z bliska. Mogliśmy naprawdę na niego popatrzeć. Niedźwiedź dał nam czas, zanim czmychnął do lasu. Dla mnie to był chyba najpiękniejszy moment w Yellowstone. Z resztą zobaczcie zdjęcia.






3 komentarze:

  1. Cudownie tam jest! Ale Ci zazdroszczę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Chyba przestanę tu zaglądać bo mi się smutno robi jak te piękne zdjęcia oglądam:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Plan wykonany. Najważniejsze zwierzęta zaliczone. Ale fart!!! Zdjęcia rewelacyjne Lee!!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wizytę na blogu. Zapraszam też na moje profile na Facebooku i Instagramie.