24 sierpnia, 2012

Ryba w walizce


Kiedyś z wakacji przywoziłam sobie kubek. Na półce rosła więc latami moja kolekcja. Pierwszy był zdaje się z Pragi. Niestety przeleciały mi ze trzy kubki koło nosa, bo zanim zaczęłam je zbierać, wyjeżdżałam już za granicę. Po przyjeździe do Stanów musiałam jednak zawiesić zbieractwo. Co miałabym zrobić z tymi wszystkimi kubkami, skoro w tej chwili podróżuję głównie po Ameryce? Nie jestem typem kolekcjonera. Kubki to w zasadzie wyjątek. Ale z ostatniej podróży przyjechała ze mną pamiątka nietypowa. I nietrwała -  kilkanaście kilogramów ryb złowionych na Alasce.

-Czy w środku jest lód? - pytała pracownica lotniska, gdy Pan i X i ja ładowaliśmy na wagę sporych rozmiarów karton, w którym znajdował się z kolei styropianowy pojemnik wypełniony łosiami, halibutami i karmazynami.
-Lód? Yyyyy... No... Ryby są zamrożone ale samego lodu nie ma!?
-Ok.

Dla pracownicy lotniska nasz pakunek nie był niczym zaskakującym. Wielu turystów wracających z Alaski zabiera bowiem do domu swoje połowy. Jeżeli w pobliskim sklepie w mojej dzielnicy funt dobrego łososia (czyli niecałe pół kilograma) potrafi kosztować prawie 20 dolarów a za dodatkowy bagaż, do którego można władować 50 funtów kasują 25 zielonych, to chyba rachunek jest prosty. Prawda? (nawet jeśli doliczy się jeszcze kilka wydatków).

Łowienie ryb na Alasce (,o której pisałam tutaj) to jedna z podstawowych atrakcji turystycznych. Nie można tego robić bez licencji, ale załatwienie pozwolenia to żaden problem. Kupuje się je w każdym sklepie.
-Ile ja mam wzrostu w stopach??? - pytał Pan X kiedy wypełnialiśmy kwitki, dzięki którym mogliśmy pojechać potem na ryby. Wpisywaliśmy też wagę w funtach, kolor oczu i włosów plus dane personalne. Po 20 dolców od łebka (za dzień, na kilka dni jest taniej) i po sprawie. Można łowić, ale nie ile się da. Jest prawie jak w Unii Europejskiej. Też nakładają limity, np. sześć łososi na dzień.

-Co my z tym wszystkim zrobimy? - pytałam człowieka, z którym byliśmy na rybach. W przenośnej lodówce leżało już kilkanaście dużych okazów. Były przykryte lodem z ... lodowca.
-Zabierzecie ze sobą do Waszyngtonu.
-Ale jak???
-Normalnie.

W centrum Anchorage są specjalne punkty, które za opłatą oprawiają rybę, głęboko mrożą a także przechowują zapakowane próżniowo kawałki w chłodniach. W dniu wyjazdu rybę się po prostu odbiera. Można zlecić też zapakowanie.
-A jeśli włożyli nam narkotyki albo uciętą rękę???
Pan X i ja rozpruwamy karton. Żeby się upewnić. Ale wszystko jest ok. Kilkanaście godzin później, na lotnisku w Waszyngtonie odbieramy naszą paczkę. Ryby są wciąż zamrożone. Naprawdę.   

Te białe pudła wjeżdżające do samolotu wypełnione są rybami. Na lotnisku w Anchorage to częsty widok.

Wędka w damskich rękach? Jasne! Od razu coś bierze:)

Kolory się przyciągają;)

4 komentarze:

  1. Fajne opisy ale teraz wiem ze Alaska nie dla mnie. Za zimno i nie umialabym zabic rybki.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zawsze możesz ubrać się cieplej a rybkę wypuścić do wody po zrobieniu zdjęcia jak to robi wielu wędkarzy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Czy to nasza Lee na zdjęciu? Może w końcu ją poznaliśmy :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wizytę na blogu. Zapraszam też na moje profile na Facebooku i Instagramie.