28 sierpnia, 2012

Gdzie powinien być spis treści?


W Ameryce podoba mi się wiele rzeczy. Zakupy to wiadomo. Nigdzie nie ma takich okazji jak tu. No i tu można oddać WSZYSTKO. Niektóre sklepy przyjmują z powrotem nawet rozpakowane i użyte już rzeczy. Nie pasuje mi telewizor w pokoju? Do kartonu i wio do sklepu. Nie smakowała mi kawa z nowego ekspresu? Wzięli go z powrotem bez mrugnięcia.

Lubię amerykańskie podejście do życia w mieszkaniu. Że szafy wbudowane są w ścianach i nie trzeba mieć grata w pokoju. Że przy sypialni od razu jest łazienka, i że łazienek jest często tyle, ile sypialni. Poza tym doceniam ułatwienia. Że w budynku jest skrzynka pocztowa i , że nie muszę wywalać resztek jedzenia  do kosza tylko wrzucam do zlewu, bo w zlewie jest młynek, który te resztki zmieli.

Kocham fakt, że spokojny sen jest tutaj ważny. Jeśli na przykład sąsiad za ścianą zaprosi sobie koleżanki i postanowi pokazać im przy głośnej muzyce jak pięknie tańczy (a mi się to nie spodoba i wykonam jeden telefon), to koleżka musi tę muzykę ściszyć. Jeśli natomiast ja utnę sobie ze znajomymi wieczorną pogawędkę na balkonie i sąsiad uzna, że rozmawiamy zbyt głośno (i też wykona jeden telefon) to również ja bez mrugnięcia idę dalej gadać do domu.

W Ameryce jest też oczywiście kilka rzeczy, które podobają mi się już mniej. Na przykład to, że nie mogę mieć kota czy psa (taki regulamin w budynku). Że zamiast kilometrów są mile, litrów - galony, metrów - stopy, centymetrów - cale, hektarów - akry, i że jak teraz patrzę na termometr, to widzę 80 stopni a nie 26 (bo tutaj używa się Fahrenheitów). Ciągle nie mogę też zrozumieć dlaczego Amerykanie tak dziwnie podają liczby. 1200 to dwanaście setek a nie tysiąc dwieście. 525 to pięć dwadzieścia pięć a nie pięćset dwadzieścia pięć. 

Ok. A teraz o tym, co mnie wkurzyło ostatnio. Otóż w weekend kupiłam sobie jubileuszowe wydanie magazynu Vogue, który świętuje obecnie 120 urodziny. Z tej okazji czytelnikom zafundowano 916 stron. Pismo waży 2,5 kilograma i kosztuje 6 dolarów. Na pierwszy ogień chciałam przeczytać wywiad z Chelsea Clinton (córką byłego prezydenta).
Jak wiadomo, trudno kartkować prawie tysiąc stron albo szukać na ślepo, więc korzysta się wówczas ze spisu treści. Ale w Vogue nie jest to wcale takie proste.

W tym numerze spis zaczyna się dopiero na 76 stronie. Wcześniej są WYŁĄCZNIE reklamy. Na kartach ze zdjęciami reklamowymi, nie drukuje się numerów stron, więc trudno się wstrzelić w tę konkretną. Po przekartkowaniu i dotarciu do spisu treści okazuje się, że jest on podzielony. Na 76 nie ma zapowiedzi wywiadu z Chelsea. Trzeba jechać do strony 160, bo kolejna część spisu znajduje się właśnie na niej. Ale na sto sześćdziesiątej też nie ma tej informacji, tylko odesłanie do kolejnego kawałka spisu. Trzecia część spisu znajduje się na stronie nr 178. Też nic. Dopiero na 194 (!) stronie jest zdjęcie Chelsea i informacja, że wywiad jest na 828. Pomiędzy są oczywiście niemal same reklamy. Co za bzdura.

Uległam temu bla, bla, bla : 120 lat i 916 stron. Przytachałam więc do domu te 2,5 kg. I mam dość tych reklam, nawet jeśli są ładne. Aha. Wstępniak redaktor naczelnej też jest poszatkowany. Zaczyna się na 264 stronie i jest rozrzucony po magazynie w trzech częściach. Wstępniak to wstępniak, powinien być na wstępie. Podobnie spis treści. Czyż nie?

1 komentarz:

  1. Lee, dziękuję za jak zawsze ciekawy wpis i za wjaśnienie dotyczące liczb. Zastanawiałem się jak odcztywać ceny paliwa na stacjach. Jakoś tak inaczej były zapisane. A że nie korzystaliśmy z samochodu nie było jak się dowiedzieć. Pozdrowionka :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wizytę na blogu. Zapraszam też na moje profile na Facebooku i Instagramie.