21 sierpnia, 2012

Fast, fast, fast. O no...


Ona miała niewiele ponad metr pięćdziesiąt, ja dobrze ponad metr siedemdziesiąt. Czasem wzrost nie ma znaczenia. Ale tym razem miał. Ja patrzyłam z góry i to nie wyglądało dobrze.

Miasto, w którym mieszka się od urodzenia zna się jak własną kieszeń. I jeśli potrzebuje się zdjęcia do dokumentu, to idzie się tam czy siam, siada na krzesełku i pan cyka fotkę na poczekaniu. Oczywiście wcześniej można stanąć przed lustrem, uczesać włosy, przypudrować nos i w ogóle zrobić ze sobą porządek. Pan odgarnie niesforny kosmyk, oświetli jak trzeba, przechyli główkę, odsłoni uszko i zrobi zdjęcie. Fotka i tak zazwyczaj jest do bani, bo jak wiadomo, mało kto wygląda dobrze na zdjęciu do dokumentu a zwłaszcza, gdy jest to zdjęcie do paszportu. Ale przynajmniej ma się tę świadomość, że to profesjonalne studio fotograficzne. W obcym mieście tak nie ma, bo w obcym mieście ze wszystkim jest pod górkę.

-Chodźmy do CSV - zdecydował Pan X, bo zdjęcie było potrzebne na przysłowiowe wczoraj. Wcześniej nie miałam czasu, nie chciało mi się, zapomniałam. Nie wiedziałam też najważniejszej rzeczy, gdzie w okolicy jest jakiś zakład fotograficzny. Deską ratunku był CVS, który jest amerykańską siecią drogerii połączonych z aptekami. Można tu dostać także wino, piwo i trochę produktów spożywczych. W CVS robią też zdjęcia. Na poczekaniu. Ameryka.

Moim fotografem była osoba niewielkiego wzrostu, raczej malutka (jak mniemam z Ameryki Południowej). To był ktoś w sklepowym uniformie, kogo podstawowym zajęciem jest praca przy kasie. Ale teraz kasa nie była ważna, bo należało zrobić mi zdjęcie. Z tej okazji na ścianie przy półce z zeszytami, nożyczkami i segregatorami zawisło na chwilę białe tło (na haczyku). Specjalnie dla mnie. Ona kazała mi stanąć na tym tle. Ok. Klienci sklepu chodzili w tym czasie między półkami i robili zakupy. Czasem ktoś zerknął jak sterczę przy ścianie. Mam kukuryku? Nie wiem. Tu nie ma lustra.

Kasjerkofotografka tymczasem działa. Celuje aparatem, który -mówiąc oględnie- wygląda mało profesjonalnie. Jest tyci tyci. No ale czego spodziewać się po "małpce", którą można schować w kieszeni. Kasjerkofotografka jest jednak obeznana ze sprzętem, bo zapewne takim cyka foty u cioci na imieninach. Z odległości metra robi zdjęcie. Flesz odbija się od mojego czoła. To nic, że ona jest niższa o niemal głowę, i że obie stoimy, a ja widzę z góry jej nierówny przedziałek.

-Bardzo dobrze - powtarza - Zrobię jeszcze jedno.
Nie było dobrze. Zdjęcie wyszło po prostu do bani (jak zwykle).
-Pozwól, że cię trochę poprawię. Ok?
-Ok.
Ciach, prach, trzy ruchy. Poprawa odbywa się w jakimś gigantycznym gracie, który jest chyba komputerem i wywoływarką do zdjęć w jednym. Ale czy można zmienić oczy, które skierowane są w dół? Może i można ale na pewno nie w apteko-drogerii.
-Weźmy jakieś krzesło. Ty jesteś mała, ja duża. Ja muszę siedzieć, ty stać.
-Nie musisz, tak jest ok. Zrobię ci jeszcze jedno.
-Muszę!!! (nerwy zaczynają dawać o sobie).

Przez pół CVS tacham wysoki stołek, który stoi w kącie. Ja muszę siedzieć. Ona stać. Cyk, cyk, cyk. Jakbym oglądała siebie w krzywym zwierciadle. Mam dziwną twarz. Zdeformowaną???
-Naprawdę tak wyglądam?! - pytam Pana X.
Pan X zapewnia, że nie.

-Nie podoba mi się. Stoisz za blisko -mówię do kasjerofotgrafki.
No ale ona nie może się cofnąć, bo za plecami ma jakieś skrzynki.
-Zrobię ci jeszcze jedno.
-Nie chcę!!!

W domu przerzucam szpargały i znajduję zdjęcie sprzed trzech lat. Z Polski. Też do bani, ale lepsze.
Szybkie jedzenie, szybkie randki, szybkie zdjęcia. Ameryka! Niech się gonią z tym swoim FAST.

****
Na zdjęciu - tak w czasie tegorocznych wakacji wygląda National Mall czyli serce Waszyngtonu (w tle Kapitol). Tu nie ma FAST (a szkoda). Wykopki zaplanowano na rok.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za wizytę na blogu. Zapraszam też na moje profile na Facebooku i Instagramie.