Ameryka i ja: St. Michaels. Chesapeake Bay

05 maja, 2012

St. Michaels. Chesapeake Bay


Drewniany młotek, na którym znajdowała się nazwa miasta i stanu był w tym momencie najfajniejszym gadżetem w okolicy. W uszach dźwięczało od uderzeń owym młotkiem, który - w tej konkretnej chwili - można by zaklasyfikować do kategorii "sztućce". 
-Twarde jak cholera - rzekł Pan X, waląc ile wlezie w skorupę o czerwono-rdzawym kolorze. Głuche postukiwania dobiegały z lewa i prawa. Nie były niczym nadzwyczajnym. Wynikały wyłącznie z upodobań kulinarnych. Każda osoba z młotkiem po prostu zajadała się dopiero co ugotowanymi krabami.


Siedzieliśmy w knajpce nad Zatoką Chesapeake, dwie godziny drogi od Waszyngtonu. To chyba popularne miejsce, bo ludzie cierpliwie czekali w kolejce na wolne stoliki. Obsługa uwijała się jak mogła, zgarniając z drewnianych ław wielkie płachty papieru, na których znajdowały się resztki po zjedzonym przed chwilą posiłku. Tu nie zawsze podawano talerze. Czasem były to tylko plastikowe tace a czasem nic. Biesiadnikom, którzy zamawiali sobie np. większą ilość krabów, wysypywano je prosto na stół wyłożony papierem (sprzątanie następowało ekspresowo). Tym, którzy decydowali się na 2-4 sztuki zamówienie serwowano na plastikowej tacy. Jednak niezależnie od ilości, każdy gość dostawał komplet "sztućców"- drewniany młotek i nożyk.


Nasza przygoda z krabami zaczęła się dwa lata temu w Nowym Orleanie. Tam nauczyliśmy się w jaki sposób rozbroić skorupiaka, by wyciągnąć z niego jak najwięcej mięsa. Nauczycielką była przypadkowo poznana Amerykanka. Lało wówczas jak z cebra a my błądziliśmy w poszukiwaniu jakiegoś adresu. Zatrzymaliśmy się przy ustawionej przy drodze przyczepie. Wejście było zadaszone a obok przy stoliku siedziała kobieta w okularach i czytała książkę. Chwilę później siedzieliśmy już przy tym stole we trójkę i gawędziliśmy jak starzy znajomi popijając piwo.

Gospodyni (nie uznawała butów, jeśli już musiała je czasem założyć to jedynie japonki ) mieszkała w przyczepie, bo po Katrinie straciła dom. Była osobą doświadczoną przez życie ale pogodną, bardzo życzliwą i bardzo związaną z Nowym Orleanem. To był jej pomysł by następnego dnia wsiąść wspólnie na łódkę i popływać po Zatoce Meksykańskiej. Na łódce okazało się, że ona zna się na wielu rzeczach, także na łowieniu. Pewnie i szybko wyciągała z wody klatki z krabami i chowała je do skrzynki wypełnionej lodem (nie kłusowała). Potem, przy swojej przyczepie gotowała je w wielkim garze, do którego wsypała wcześniej piekielnie ostrą przyprawę. Kraby smakowały obłędnie. To wówczas przeszliśmy szkolenie z radzenia sobie ze skorupiakiem.

Kraby z Nowego Orleanu. Po ugotowaniu robią się czerwone.
W knajpce nad Zatoką Chesapeake, gdzie siedzieliśmy teraz nie było szczypiec, z których korzystaliśmy wtedy przy przyczepie, na przedmieściach Nowego Orleanu. Tu był młotek. Było coś jeszcze - instrukcja, która podpowiadała w jaki sposób łamać skorupę i gdzie szukać mięsa.


Restauracja, o której piszę nazywa się The Crab Claw i znajduje się w miasteczku St. Michaels w stanie Maryland. Dominują tu głównie niewielkie, drewniane domy z gankami. Niektóre w zaskakujących kolorach. Sporo tu małych kafejek i restauracji. To jedno z tych miasteczek, które wybiera się za cel podróży, gdy ma się ochotę na jednodniową wycieczkę. To był świetny wybór.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za wizytę na blogu. Zapraszam też na moje profile na Facebooku i Instagramie.