Ameryka i ja: W winnicy w stanie Virginia

29 kwietnia, 2012

W winnicy w stanie Virginia


Przy dziesiątej próbie pojawiły się szum w głowie i lekko miękkie kolana. No ale skoro skusiliśmy się na wersję FULL, trzeba było walczyć do końca. Zostało jeszcze pięć prób.
-Czujesz truskawki? - zapytał człowiek zza baru wyłożonego płytkami w kolorze ciemnej cegły. Wsadziłam nos do kieliszka. Naprawdę pachniało truskawkami.



Pan X i ja staliśmy w chacie, w której mieściło się pomieszczenie do degustacji połączone z niewielkim sklepikiem. Chata znajdowała się z kolei na terenie winnicy. Dość późno zdaliśmy sobie sprawę z tego, że nie trzeba wcale jechać do Kalifornii, żeby zobaczyć winnicę z bliska. Wystarczy oddalić się kilkadziesiąt mil od Waszyngtonu. W stanie Virginia winnic są bowiem dziesiątki.

Na barze wyłożonym płytkami w kolorze ciemnej cegły stały pojemnik z maleńkimi krakersami do zagryzania (żeby przed degustacją kolejnego gatunku zgubić smak w ustach) oraz mała beczułka, do której można było wylać zawartość kieliszka w przypadku, gdyby nie odpowiadał smak. Nie miałam jednak serca wylać niczego. Głupio mi było po prostu, bo człowiek, który nalewał nam trunek bardzo się starał, opowiadał dowcipy i był miły (wiem, wiem - to jego praca). Dostaliśmy jeszcze ołówki i kartkę z listą degustowanych win. Powinniśmy robić notatki, zaznaczać co lubimy a co nie. Ale jakoś tak wyszło, że kompletnie zaniedbaliśmy tę część rytuału.

Do wyboru były trzy opcje : basic, premium i full. Skusiliśmy się na wersję full, choć szybko zdaliśmy sobie sprawę, że trzeba było wybrać co najwyżej premium a najrozsądniej basic.  Bo choć człowiek za barem nie podsuwał pod nos pełnych kieliszków tylko wypełniał je winem na 3-4 łyki, to jednak po spróbowaniu wszystkich piętnastu rodzajów, musiałam usiąść. Wino zdecydowanie szumiało w głowie i zmiękczyło nogi. Na szczęście przed chatą było bistro (w którym serwowano wino, a jakże).

Bistro pod chmurką było idealnym miejscem na leniwe, niedzielne popołudnie. Z głośników sączył się cicho jazz, w tle szumiała woda z fontanny oraz rozmowy z sąsiednich stolików. Komu by chciało się stąd ruszać. Ludzie popijali wino, zagryzając serem i bagietką. Część miała na stolikach własne jedzenie, ponieważ do tej winiarni można przyjechać ze swoim prowiantem. Naprawdę świetne miejsce.

Ingleside Vineyards - na pewno tam jeszcze wrócę.



- degustacja w zależności od pakietu od 5 do 10 dolarów
- można odbyć darmową, krótką wycieczkę, w czasie której przewodnik opowiada jak wygląda proces produkcji ( z ludzi, którzy byli na terenie winnicy zdecydowaliśmy się tylko Pan X i ja)
- strona internetowa http://www.inglesidevineyards.com

7 komentarzy:

  1. Ja kompletnie stracilam glowe na jednej takiej degustacji w winnicy w Virginii i wywiozlam z niej sporo wina, za dosc wygorowane ceny. :) Sama degustacja super, atmosfera, historie, otozenie, piekne widoki, ale na naprawde wysmienite wino, trudno trafic. Ale czy to wazne? :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadza się, człowiek bez kupienia kilku butelek nie wyjeżdża:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja zawsze sie dowiaduje na tych degustacjach gdzie dadza 10 kieliszkow z numerami(bez nazwy) ze moj winowy gust i palate sa najprimitywniejsze i najtansze. Zwykle lubie najtansze wina. Moj maz ( niestety) ma bardziej wyrachowany gust i wybieral te najdrozsze. Jak inni powyzej, wyjezdzalismy z paroma ( lub wiecej) butelkami tylko po to aby sie przekonac ze moglismy je taniej kupic w naszym lokalnym sklepie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja zawsze sie dowiaduje na tych degustacjach gdzie dadza 10 kieliszkow z numerami(bez nazwy) ze moj winowy gust i palate sa najprimitywniejsze i najtansze. Zwykle lubie najtansze wina. Moj maz ( niestety) ma bardziej wyrachowany gust i wybieral te najdrozsze. Jak inni powyzej, wyjezdzalismy z paroma ( lub wiecej) butelkami tylko po to aby sie przekonac ze moglismy je taniej kupic w naszym lokalnym sklepie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tutaj nie było bez nazw, wiedzieliśmy co próbujemy. Ale przyznam szczerze, że te najdroższe też mi wcale nie smakowały najbardziej.

      Usuń
  5. Czytając poczułam się tak jakbym tam była...uwielbiam takie miejsca, no i ten jazz.
    Pozdrawiam was serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziękujemy, też pozdrawiamy:)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wizytę na blogu. Zapraszam też na moje profile na Facebooku i Instagramie.