14 kwietnia, 2012

Halifax, tu unosi się duch Titanica

deska do krojenia i wałek do ciasta z Titanica

Tym razem piszę do Was z kanadyjskiego miasta portowego, do którego sto lat temu, po katastrofie Titanica przetransportowano ciała ofiar tragedii. To stąd wyruszyły statki na pomoc, choć pomagać nie było już komu. I to tu znajduje się jedno z muzeów z rzeczami pochodzącymi z tego "niezatapialnego" transatlantyku.

W Halifaksie jest teraz przeraźliwie zimno i jakoś tak ponuro. Przyroda wciąż śpi. Nie ma nawet najdrobniejszych, młodych listków czy pąków. Drzewa są suche i gołe. Jak zimą. Tylko śnieg nie pada (na szczęście). Przywiozłam grubą kurtkę, buty z kożuchem, rękawiczki i zdecydowanie przydają się. W porcie, nad wodą uczucie chłodu jest jeszcze większe a od wiatru niemal urywa głowę.

Każdy, kto spodziewa się bogatej kolekcji rzeczy, które zostały po Titanicu, nie ma czego specjalnie szukać w Maritime Museum of the Atlantic. Jest tego w sumie niewiele. Więcej tu plansz i zdjęć niż samych pamiątek. Powiedziałabym, że to jakieś kilkanaście sztuk. Należy do nich między leżak z pokładu liniowca. Są dwie wersje, jeden to oryginał za szybą, drugi to replika, na której można usiąść i zrobić sobie zdjęcie. I ludzie robią, choć osobiście mam mieszane uczucia, bacząc na to, jaki umieszczono z tyłu obrazek. Jakoś tak głupio...

oryginalny leżak z Titanica
replika leżaka
Kolejne miejsce, przy którym turyści robią sobie sesje zdjęciowe, to sporych rozmiarów czarno-biała fotografia przedstawiająca fragment pokładu dla pasażerów podróżujących pierwszą klasą. To słynne, drewniane, bogato zdobione schody. Zapewne pamiętacie tę scenę z "Titanica" Jamesa Camerona, gdy filmowa Rose schodziła po schodach do Jacka. Jack nie miał już na sobie łachmanów tylko elegancki smoking (pożyczony) i pocałował ją w rękę jak dżentelmen profesjonalista. I takie obrazki chcę mieć przed oczami a nie jakąś kobitę w czerwonym swetrze, starych dżinsach i adidasach, która wygina się do aparatu, bo tak jej każe mąż...


Najważniejszym eksponatem kolekcji Maritime Museum są maleńkie buty. Buty, o których przez blisko sto lat mówiło się, że należały do bezimiennego dziecka. Jego ciało wyłowiono razem z innymi ofiarami tragedii, ale nie udało się go wówczas zidentyfikować. Latami było to "Body No. 4" albo "Unknown Child". Jesienią ubiegłego roku, eksperci ogłosili, że to Sidney Leslie Goodwin, Brytyjczyk, który miał 19 miesięcy, gdy Titanic zatonął.


W Halifaksie, na trzech cmentarzach pochowanych jest w sumie 150 ofiar Titanica. Najwięcej, bo 121 leży na Farview Lawn Cementary. Większość ludzi została uhonorowana prostym nagrobkiem, które ułożone są w taki sposób, że tworzą dziób statku. Wiele płyt nie ma nazwisk, do dziś nie wiadomo kto tam leży. Każda ma za to numer. Nadawano je w kolejności wyciągania z wody. Za nagrobki zapłaciła firma White Star Line, do której należał Titanic. Za te większe i bardziej okazałe, rodziny ofiar wykładały już z własnej kieszeni.


Na cmentarzu, wśród 121 wspomnianych nagrobków, znajduje się jeden bardzo charakterystyczny, z nazwiskiem J. Dawson (tak nazywał się filmowy Jack z "Titanica" Jamesa Camerona). Pani przewodniczka mówiła, że gdy lata temu film wszedł na ekrany kin, lokalne nastolatki okupowały tę mogiłę myśląc, że to TEN Jack. Ustawiały przy niej misie, płakały, pisały wiersze. W rzeczywistości mężczyzna, który zginął miał na imię Joseph a nie Jack. Jednak według słów przewodniczki, James Cameron był w Halifaksie, przeglądał tamtejsze archiwa i nadał bohaterowi swojej opowieści prawdziwe nazwisko z listy, zmienił tylko imię.


Nie mam jeszcze wyrobionego zdania na temat samego Halifaksu. Ta część przy porcie, nie wydaje się specjalnie atrakcyjna. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że jest zimno, bez zieleni, więc okolica nie nie robi specjalnego wrażenia. Być może jednak ta, tak zwana historyczna dzielnica jest ciekawa, ale na razie jeszcze tam nie byliśmy. W barze, w porcie dla rozgrzania, Pan X i ja piliśmy herbatę. To coś, w czym ją nam podano było dość dziwaczne. Ni to słoik, ni to wazon. I nalewało się fatalnie. Ale za to dziewczyna, która nam tę herbatę podała była przesympatyczna. Z resztą wszyscy ludzie w Halifaksie, których spotkaliśmy byli BARDZO mili. Powiedziałabym nawet, że niesłychanie mili.

Udanego weekendu!

6 komentarzy:

  1. Te buty wydają się strasznie duże jak na 19 miesięczne dziecko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje zdjęcie jest trochę nieudolne, buty są za szybą, dość trudno mi było je sfotografować żeby oddać rozmiar. Ale są małe, naprawdę.

      Usuń
  2. Bardzo ciekawy wpis. Smutna historia, ale chętnie bym odwiedziła to muzeum.
    Co do herbaty.. hmm, rzeczywiście ni to słoik, ni to wazon;)

    OdpowiedzUsuń
  3. dziękuję za to, co napisała Pani o robieniu zdjęć w podobnych sytuacjach jak ta opisana... bez komentarza ;)
    AWB

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo fajny wpis, jakoś tak smutno się zrobiło. Kiedyś oglądałam film dokumentalny o dziecku z Titanica, które wyławiający ciała marynarze nazwali "Our Baby". Po latach trzy rodziny miały nadzieję, że to może być ich krewny. Jednak badania genetyczne wykluczyły wszystkich, pozostawiając dziecko bezimiennym.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dziękuję Wam za dobre słowo.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wizytę na blogu. Zapraszam też na moje profile na Facebooku i Instagramie.