Ameryka i ja: Bye Bye Hollywood

28 lutego, 2012

Bye Bye Hollywood

Hollywood Boulevard
Gość, który wyłożył kubeł na śmieci czerwonym suknem i wszedł do niego układając się w ten sposób, by nogi zwisały mu na zewnątrz, siedzi sobie w nim tak samo, jak przed Oscarami. Do dużego palca u nogi (bez buta) przymocował kawałek tektury z apelem o datek. Już nie wiem czy jest chory i naprawdę potrzebuje pomocy, czy to tylko jakiś oszołom, który nie ma lepszego pomysłu na życie niż  jaranie trawy i palenie głupa (facet hihra się niemiłosiernie).

Turyści chodzą w te i wewte wzdłuż Walk of Fame, zatrzymując się czasem przy gwiazdach w chodniku. Wypatruję nazwiska Marylin Monroe i w końcu je przez przypadek znajduję. Marylin jest całkiem blisko Kodak Theatre. Przy Roosevelt  Hotel, tam gdzie odbyła się pierwsza ceremonia wręczenia Oscarów, trafiam na gwiazdę Meryl Streep (najlepszej aktorki na świecie). Po drodze trochę pustych gwiazd, bez nazwisk, ale z domalowanymi odręcznie imionami tych, którzy marzą o sławie.

W małym antykwariacie przy Hollywood Boulevard kupuję czarno-biały album o starym Hollywood, licząc, że znajdę w nim ślady dawnego glamour, bo teraz o niego tu trudno. Dziś nie ma już żadnej tajemnicy, żadnego niedopowiedzenia. Prezenterka telewizyjna robiąca relacje z czerwonego dywanu pokazuje bez skrępowania do kamery metkę swojej sukienki. Nie, nie chwali się kreacją od znanego kreatora. Sukienka jest po prostu wypożyczona ze sklepu na czas Oscarów i kosztuje półtora tysiąca dolarów. Inna szołmenka chcąc nadać dramatyzmu swojemu telewizyjnemu występowi, pożycza od jakiegoś gościa odkurzacz i zaczyna szorować rurą po czerwonym dywanie udając, że sprząta (przed kamerą ). Po co? Kto ją tam wie...

Kurz opadł, przedstawienie skończone, następne za rok. W aparacie setki zdjęć, większość bez sensu.
Bye, bye Hollywood. Może jeszcze kiedyś się zobaczymy.

5 komentarzy:

  1. Jakiś taki smutny ten Twój post, Lee...
    Szkoda, że już wyjechałaś z Hollywood, poprosiłbym Cię o zrobienie foty takiej "pustej" gwiazdy z napisem MUSIC ON THE HEAD ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Smutny, smutny...i nie ma nic o Panu X :( Czyżby go tam nie było???

    OdpowiedzUsuń
  3. A co Wy tak z tym smutkiem? No nie, człowiek trochę bardziej filozoficznie, refleksyjnie napisze i już smutek;) Czyżbym została już zaklasyfikowana do kategorii comedian?:)

    Pan X był.

    OdpowiedzUsuń
  4. Z własnego doświadczenia wiem, że w Hollywood warto być więcej niż raz. Podczas pierwszej wizyty zwiedzasz Walk of Fame, zaglądasz pod Kodak Theatre i Chinese Theatre, po czym biegniesz do któregoś z "wesołych mistaeczek" wytwórni filmowych... Ale następnym razem zaczynasz dostrzegać detale. Street Art, to że Spiderman stoi przed tobą w kolejce w McDonaldzie, albo jakie rewelacyjne płyty mają w Amoeba. A jak ma się odrobinę szczęścia to i jedną z gwiazd hollywoodzkich też można spotkać. Jednak to co ja najbardziej pamiętam z mojego pobytu to myśl: "Wow. Ja tu naprawdę jestem. To miejsce naprawdę istnieje". Fajnie je było sobie przypomnieć czytając Twojego bloga :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ten smutek zupełnie nie pasuje do Cali:)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wizytę na blogu. Zapraszam też na moje profile na Facebooku i Instagramie.