02 lipca, 2011

Na Greenpoint. Po majonez.

polski sklep na Greenpoincie

Mimo, że byłam w Nowym Jorku naprawdę wiele razy, na Greenpoincie zaledwie dwa (jakoś mnie nie ciągnie).
Pan X i ja jechaliśmy tam wyłącznie po majonez (najlepiej ''Babuni''). Przy okazji kupowaliśmy też ogórki kiszone, słodycze Wedla i jeszcze kilka polskich drobiazgów. W Waszyngtonie nie ma sklepu z polską żywnością. Najbliższy znajduje się w sąsiednim stanie Maryland i dość często tam jeździmy, ale trzeba powiedzieć uczciwie - to wyprawa na 2-3 godziny (zanim się dojedzie, zrobi zakupy i wróci). Dlatego zdarzało się, iż zaopatrywaliśmy w polskie przysmaki przy okazji podróży do miast, gdzie mieszka sporo Polaków np. w Chicago, Jersey City, Baltimore czy w Nowym Jorku ( Pan X niezależnie od tego gdzie jest, natychmiast po wyjściu ze sklepu, zjada od razu kilka kabanosów).

Manhattan Avenue
Tym razem, przy okazji wizyty na Greenpoincie postanowiliśmy pójść do polskiej restauracji i zamówić sobie po porcji pierogów. Oboje przepadamy za nimi. Niestety ja pierogów nie robię, bo nie znoszę lepienia
(Pan X też nie, chociaż świetnie gotuje). Trzeba więc najadać się w Polsce albo w polskich knajpach w USA (takie życie). Tym razem padło na RESTAURACJĘ, która znajduje się przy jednej z głównych ulic Greenpointu, przy Manhattan Avenue. Weszliśmy do środka. Apetyczna blondynka podała nam kartę i przywitała po polsku. Po chwili wróciła by przyjąć zamówienie. Pan X wybrał porcję ruskich, ja z kapustą i grzybami.

Mówię do dziewczyny: Czy dałoby radę do tego barszczyk? (W karcie było napisane, że z barszczykiem jest krokiet, pomyślałam, że wezmę bez niego, ale jak się nie da, niech będzie cały zestaw).
Dziewczyna pyta: Znaczy chłodnik?
Odpowiadam : Nie, barszczyk.
Ona : Nie ma.
Ja : Ale dziś jest czwartek i dodaję, że w karcie jest napisane, że barszczyk z krokietem jest w czwartek i w niedzielę...
Ona: Nie sugeruj się kartą i tak połowy nie ma... (ona się uśmiecha, ja robię kaczorka).
Pan X : Czuję się jak w ''Misiu".
Dziewczyna nadal się uśmiecha (Nie mam pewności czy kojarzy ''Misia").
Pyta : Chcecie coś jeszcze?
My: Dwie cole (tak, wiem... pierogi z colą...).
Poszła. Wraca po chwili : Sorry, taka jestem zakręcona... Co chcecie w końcu? (szeroki uśmiech).
Powtarzamy: Ruskie, z kapustą i grzybami i dwie cole.
Poszła.Wraca po chwili, stawia nam dwie puszki na stole i mówi : Barszczyk proszę (dowcipnisia:).

Pierogi nie zachwyciły. Tak jak Greenpoint. Ale kelnerkę-swojaczkę wspominamy z rozbawieniem;)

2 komentarze:

  1. wszystko fajnie, pięknie, ale jak można nie lubić lepienia pierogów?! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bo lepienie jest nudne:)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wizytę na blogu. Zapraszam też na moje profile na Facebooku i Instagramie.