13 czerwca, 2011

Parada w Nowym Jorku. Nie lubię.


Na niedzielę miałam taki plan - zobaczyć w Metropolitan Museum of Art w Nowym Jorku wystawę prezentującą twórczość Alexandra McQueena. Jednak droga do muzeum okazała się drogą przez mękę - bo jak się okazało - w niedzielę Piątą Aleją maszerowała parada... Wszędzie stały więc barierki, trzeba było krążyć, kombinować i dodawać drogi.

Z jednej strony, gdy człowiek widzi w telewizji taką paradę to myśli sobie - dlaczego mnie tam nie ma? Dlaczego u nas się takie rzeczy nie dzieją ? Ale kiedy już tam stanie i patrzy na to wszystko, to myśli sobie - Boże, co za kaszana...

Tej niedzieli po Manhattanie szła sobie wesoła gromadka a raczej GROMADA, którą można określić krótko  ''Jesteśmy z Puerto Rico, lubimy śpiewać i tańczyć i nie obchodzi nas czy lubisz takie zabawy".  Nie mam nic przeciwko Puerto Rico. Równie dobrze można by określić w ten sposób każdą inną gromadkę organizującą paradę. Po prostu tej niedzieli szli akurat oni.


Dla tych, którzy nie dali się ponieść tej ''euforii" wędrówka wzdłuż Piątej była niczym innym jak udręką. Głowa po prostu pękała, co chwilę przejeżdżał samochód wypełniony rozwrzeszczanymi ludźmi z mikrofonami, którzy coś tam śpiewali. Jeśli nie śpiewali to grali na gitarze, bębenkach czy czymś tam. A jak nie grali i nie śpiewali to się wydzierali - w stylu hola, ola! czy jakoś tak.

Gdy tak próbowałam się przedrzeć przez tłum gapiów ustawionych wzdłuż barierek ( a trzeba zaznaczyć, że większość z nich stanowili ludzie z Ameryki Południowej, mówiący po hiszpańsku) doszłam do wniosku, że udział w takiej paradzie to też w sumie harówa. No bo jeśli jakieś panny musiały iść tanecznym krokiem na obcasach kilka kilometrów (bo tyle liczyła trasa) to nie jest to w końcu takie hop siup. Na dodatek jeśli przez ileś kilometrów trzeba mieć non stop uśmiech przyklejony do twarzy i ruszać głową w prawo w lewo, w prawo w lewo,  to też jest przecież nie lada wyczyn.


Rozumiem burmistrza Bloomberga, że twardo idzie w takiej paradzie - trochę lansu nigdy nie zaszkodzi. Nowojorscy policjanci raczej nie mają wyboru, jak mniemam jest rozkaz iść - to idą.
Drużyna piłkarska z Puerto Rico też może dostała wytyczne, że trzeba kręcić pupką i krzyczeć hola, ola! czy jakoś tak. Ciekawe tylko czy ten kto maszerował z maską na głowie wielkości dyni gigant dał to sobie wcisnąć dobrowolnie czy też mu kazano :)


Wystawa strojów McQueena podobała mi się zdecydowanie bardziej. Ale to osobna historia.

2 komentarze:

  1. Kiedyś muszę sprawdzić czy rzeczywiście tylko patrząc na takie parady przez internet chce się tam być.
    Najlepszym sprawdzianem byłoby sylwester na Times Square. W komputerze to naprawdę wygląda zachęcająco ale czy stanie 8 godzin w temperaturze około 0* może być przyjemne ? ; )
    Z drugiej strony, fajnie jest jak coś się dzieje.

    OdpowiedzUsuń
  2. Osobiście uważam, że Sylwester na Times Square to niemal sport ekstremalny. Przeraźliwy ziąb to jedno, ale żeby dostać się na plac w tym dniu, trzeba przyjść na wiele godzin przed zabawą. Tak więc wychodzi stania o wiele więcej niż 8 godzin:)

    Bardziej po ludzku jest kupić bilet uprawniający do poruszania się po lokalach położonych przy Times Square - to oczywiście wydatek,ale są różne opcje. Wtedy nie trzeba marznąć;)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wizytę na blogu. Zapraszam też na moje profile na Facebooku i Instagramie.