Ameryka i ja: 5 Aleja na Manhattanie

06 maja, 2011

5 Aleja na Manhattanie


5 Aleja potrafi rozpalić wyobraźnię. Znajome z Polski, które nigdy nie były w Nowym Jorku żartują czasem : No jak tam jest? No wiesz, w wielkim świecie, na Manhattanie? I snują wizję bajkowej krainy pt. 5 Aleja. Bardzo mnie to bawi i cieszy a raczej pociesza, że nie ja jedna dałam się zwieść tym wszystkim kolorowym magazynom, które sprzedają człowiekowi podrasowaną rzeczywistość.

Zanim pierwszy raz pojechałam do Nowego Jorku jakiś czas temu, miałam głowę nabitą obrazkami z telewizji, gazet i internetu. Nie ma co kryć byłam zafascynowana Manhattanem a 5 Aleja jawiła się w mojej głowie jako coś niebywale szałowego, luksusowego i wytwornego. Wprowadziłam się też w odpowiedni nastrój kartkując przed wyjazdem ostatni numer amerykańskiej edycji Vogue'a. Dzięki niemu wiedziałam dokładnie jak mają wyglądać ludzie a zwłaszcza kobiety, które tamtędy chodzą.

Moja wyobraźnia stworzyła taki oto obrazek : 5 Aleja to maksymalnie snobistyczny i elegancki deptak, po którym spacerują z gracją wyłącznie wymuskani ludzie, panie w kreacjach pachnących tysiącami dolarów i panowie, za którymi ciągnie się smuga ekskluzywnej wody kolońskiej.   5 Aleja miała być usiana dziesiątkami a może i setkami luksusowych butików. Co do butików wszystko się zgadzało - Prada, Gucci, Versace, Louis Vuitton, Fendi, Chanel i wiele innych najdroższych marek kusiło eleganckimi witrynami z luksusowym towarem. Brakowało jednak jednego, zasadniczego i najważniejszego elementu. Brakowało TYCH kobiet. Kobiet w niebotycznie wysokich szpilkach, sukienkach w rozmiarze zero, w kapeluszach i ciemnych okularach skrywających oczy, przez co trudno określić wiek.

Gdzie one są? Zastanawiałam się patrząc na mężczyzn w krótkich spodniach i sandałach i na dziewczyny, które zamiast szpilek nosiły japonki. Na kobiety, którym skórzane torebki Chanel zawieszone na przedramieniu, zastępowały plecaki albo torby listonoszki. Nie było też dzieci odzianych od stóp do głów w ubrania sygnowane metkami z najwyższej półki. 5 Aleją dreptały sobie (wtedy) pociechy turystów trzymające w dłoniach reklamowe wachlarze.
Mój pierwszy spacer miał miejsce latem, 5 Aleja była więc wypełniona w większości turystami, którzy bez strachu i kompleksów wchodzili do tych wszystkich najbardziej ekskluzywnych sklepów świata tylko po to, żeby popatrzeć na rzeczy, których zapewne wielu z nich nigdy nie kupi. To było coś na zasadzie atrakcji, podeptać kremową wykładzinę u Prady i wybrudzić palcami szklane drzwi, które uparcie wycierała pracownica butiku :)

Czar prysł. 5 Aleja okazała się po prostu ulicą handlową. Dużo sklepów, dużo znanych marek i dużo ludzi. Żaden wypasiony deptak, żaden tip top. Hałas, spaliny i pędzące taksówki. Tu też walają się śmieci. Tu też stoi gość z małą przyczepką, z której sprzedaje hot dogi za 3 dolce i colę w puszce (choć z drugiej strony można wpaść przez przypadek na kogoś sławnego, o czym pisałam tutaj). Przy 5 Alei oprócz luksusowych butików są też H&M, Zara i Esprit. I tu też odbywa się nielegalny handel. Wieczorem, o zmroku można tu spotkać faceta, który przechadza się wzdłuż Piątej z wielkim workiem na plecach.  Facet niemal ugina się pod ciężarem tego wora, w którym (jak się okazuje) jest masa podrabianych toreb. Do wyboru, do koloru. Facet się nie szczypie. Pod samym wejściem nieczynnego już o tej godzinie salonu Louis Vuitton, gdzie na wystawie są cudeńka za 2 tysiące dolarów gotowy jest ci wcisnąć (jeśli dasz sobie wcisnąć) coś PODOBNEGO z Chin... Za mniej niż sto... (zielonych).

2 komentarze:

  1. Przyznam, że jak w tym roku po raz pierwszy przyjechałam do Nowego Jorku, to miałam tak samo (i nie tylko z 5 Aleją). Co nie zmienia faktu, ze te miasto mnie "zaczarowało"
    :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wizytę na blogu. Zapraszam też na moje profile na Facebooku i Instagramie.