07 kwietnia, 2011

Logo, ale dla kogo?


Znajoma wyciągnęła mnie ostatnio na łyżwy. Nie jeździłam od kilku lat, ale znajoma słusznie przewidziała, że to jak z jazdą na rowerze, nie zapomina się. Ok, niech będzie.
Pierwsze ruchy były niepewne, potem już poszło gładko (w miarę). Okazja nadarzyła się niezła, ponieważ raz w tygodniu na tym konkretnym lodowisku (krytym) jest promocja. Za godzinę jazdy razem z wypożyczeniem łyżew płaci się dolara. Dobry interes (jak dla mnie). Kiedy jeździ się tak w kółko i w kółko, gada się o bzdetach, bo o czym innym... I w czasie tej naszej rozmowy pojawił się temat podróbek. Znajoma oświadczyła, że ona unika wręcz wszelkich markowych rzeczy, zwłaszcza toreb z wyeksponowanym logo. Dlaczego? Spytałam nieco zdziwiona.  Znajoma odpowiedziała, że nawet gdyby jakimś cudem stała się posiadaczką mega drogiej torby np. od Prady czy Louis Vuitton za tysiąc czy dwa tysiące dolarów to i tak idąc ulicą, źle by się czuła. Ciągle zastanawiałaby się bowiem, czy wszyscy podejrzewają, że założyła podróbę.



Coś w tym jest. Ostatnio Pan X i ja jechaliśmy metrem w Nowym Jorku. Mieliśmy miejsca siedzące. Na jednym z przystanków wsiadła młoda kobieta. Stanęła w taki sposób, że przed oczami mieliśmy logo z napisem Prada. Myślisz, że to podróba? Spytał Pan X wpatrując się w błyszczący znaczek na torbie. Trzeba tu stwierdzić uczciwie, że Pan X i ja zachowaliśmy się mało roztropnie paplając sobie beztrosko na ten temat, ponieważ gdzie jak gdzie, ale w nowojorskim metrze była spora szansa, że ktoś zrozumie po polsku. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło.
Ale wracając do Prady. Miałam problem z odpowiedzią na to pytanie. Nie potrafiłam do końca ocenić, ponieważ strój, który miała na sobie stojąca nad nami osoba,  był dość sportowy i nie wydawał się być markowym. Kobieta trzymała jednak w dłoni torby z zakupami zrobionymi w ekskluzywnym butiku przy Piątej Alei (poznałam po logo). Mogła więc mieć autentyczną Pradę ale mogła też mieć Pradę kupioną na Chinatown, w chińskiej dzielnicy na Manhattanie. Kwestię związaną z eleganckimi zakupami przy Piątej można zawsze wytłumaczyć np. atrakcyjnymi wyprzedażami. I to jest właśnie ten problem z markową torbą (czy każdą inną rzeczą) z odpowiednio wyeksponowanym logo. Ludzie (a zwłaszcza kobiety), które znają się na rzeczy od razu zlustrują pozostałe elementy, buty, ubranie a nawet włosy i cerę.   I szybko wydadzą wyrok czy stać cię na to czy nie, czyli czy masz oryginał czy falsyfikat... 

Moja pierwsza wizyta na Chinatown utwierdziła mnie w przekonaniu, że nigdy, ale to nigdy nie kupię żadnej podróby. Idąc chodnikiem i przeciskając się między kramami z dosłownie wszystkim zdałam sobie sprawę, że chińska dzielnica na Manhattanie to miejsce na świecie, gdzie występuje największe zagęszczenie na kilometr kwadratowy osób z torebką Louis Vuitton albo Gucci na ramieniu. Większość Chinek miała właśnie takie, z resztą nie tylko one. Były to przeważnie tandetne torby z czegoś co przypominało ceratę, często bezkształtne worki. Większość ze słynnym monogramem LV. Gapiłam się jak sroka w kość. Torby wyglądały brzydko, większość nawet nie leżała obok autentycznych. Nie szkodzi. Na Chinatown klienci zawsze się znajdą. Tam interes kręci się na całego a ja byłam w samym środku oka cyklonu. Natychmiast zaczepiały mnie Chinki, jedna po drugiej. Większość podstawiała mi pod nos wyświechtaną, zalaminowaną kartkę. Na niej znajdowały się malutkie zdjęcia różnych toreb Louis Vuitton, Gucci, Versace. To były takie same ''modele" widziane chwilę wcześniej na ulicy. Torby za 40-50 dolarów ze słynnym logo lub monogramem, do wyboru, do koloru...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za wizytę na blogu. Zapraszam też na moje profile na Facebooku i Instagramie.