17 kwietnia, 2011

Bourbon Street w Nowym Orleanie


Amerykańskie media zelektryzowała wiadomość o tym, że Nicolas Cage został aresztowany w Nowym Orleanie. Pijany facet (znaczy aktor) krzyczał na żonę, chyba ją popchnął i zrobiła się afera. Nieładnie. Ale mówiąc szczerze, czy na Bourbon Street nie mogło się to zdarzyć? Przecież tam co druga osoba jest co najmniej podpita, wrzeszczy, kogoś popycha, pokazuje biust albo tors. Taka ulica.

Na Bourbon Street w Nowym Orleanie wiele rzeczy uchodzi. Tam można bez skrępowania gapić się na skąpo odziane panie zachęcające do wejścia do klubu ze striptizem. Tam uchodzi włóczenie się z drinkiem w ręku bez konsekwencji. Tam można upijać się do woli, śpiewać na głos, tańczyć na ulicy, stepować, robić fikołki czy salta (jak ktoś lubi). Tam chodzi o to, by dobrze się bawić. Tam chodzi o to by wędrować od klubu do klubu, słuchać jazzu albo rocka, zatracić się na parkiecie albo stanąć do zawodów, kto dłużej wytrzyma na mechanicznym byku.



Z wypraw do Nowego Orleanu i kilku wieczorów na Bourbon Street zostały mi sznury tandetnych koralików w kilku kolorach. Jest tam taka zabawa. Ludzie szalejący w klubach, wychodzą na balkony i rzucają z góry koraliki spacerującym po Bourbon Street (ulica jest zamknięta dla ruchu). Czasem rzucają ot tak, czasem trzeba podnieć bluzkę do góry. Po północy korale (są niemal w każdym sklepie z pamiątkami) walają się po całej ulicy, można ich nazbierać do woli bez konieczności pokazywania czegokolwiek:)





Wizytówką zabytkowej dzielnicy French Quarter, na terenie której znajduje się Bourbon Street są piękne kamienice, z kolorowymi elewacjami i balkonami. To właśnie na tych balkonach szaleją ludzie. Nocą ulica tętni życiem, kolorem, leje się piwo i margarita. Z licznych restauracji wydobywa się zapach grillowanej ryby albo krewetek. Za dnia jest bardziej spokojnie.

Za pierwszym razem, spacerując po Bourbon Street dałam się nabrać (i znajomi też). Jakiś facet w stroju przypominającym do złudzenia ubiór policjanta zagrodził nam drogę i powiedział, że nie możemy iść dalej. W dłoniach mieliśmy plastikowe kubki, w których (co tu dużo mówić), nie znajdował się soczek. Staliśmy trochę zdezorientowani do momentu kiedy okazało się, że tak naprawdę to koleś, który chce nam wcisnąć jakieś czapki za 20 dolców.

Kilka miesięcy później facet znów stał w tym samym miejscu i w tym samym stroju i nadal próbował wciskać ludziom te czapki. Było tak samo. Nic się nie zmieniło. Dziewczyna z jednego z klubów, która całkiem nieźle śpiewała znane przeboje, nadal robiła swoje show na tej samej scenie...

1 komentarz:

  1. Nie lubie New Orleans i basta !...Brudna rupieciarnia napewno z posmakiem fin de siecle, ale smierdzace ulice nie mowiac o restauracjach w ktorych roaches zagniezdzily sie na zawsze a i szczurow tez sporo....
    Takimi problemami nikt sie tu nie martwi i nie spieszy z deratyzacja...
    Ten "sea food" to tradycyjny i komercjalny niewypal, nigdy tam nic nie jem bo "frutti di mare" z okolicznych wod to hepatitis, cigaterra i inne GI (oby tylko) dolegliwosci...Ostatnio jechalem wolno wczesnym rankiem przez French Quarter, o dziwo z domow wypelzali na ulice jacys menele , narkomami z oblednymi wzrokiem i nie jeden z nich wyciagal fujare i oblewakl wejscie to "renomowanej" restauracji...A jak pozniej slonce podgrzeje taki murek to zapach uriny jest nie do odparcia....
    ......Dla ciekawostki dodam ze razu pewnego przed laty bylem w NO na medycznej konferecji i przypadkowo nawiazalem rozmowe z osoba ktora byla sanitarnym inspektorem w NO, po krotkiej rozmowie zapytala mnie czy lubie sea food and NO restaurants , kiedy uslyszala moja odpowiedz i wyjasnienie dlaczego sie brzydze dodala right away: You are smart and inteligent man...Juz od dziecka mowili ludziska ze "strzezonego, pan bog strzeze"
    Dla upewnienia dodala ze tez unika tych wspanialych potraw w renomowanych restauracjach...Jedynie moze to John Besh, czysty zadbany gotujacy w podobnym do mego stylu (french,butter, cream) tylko z ta roznica ze psuje smak potraw wykonczajac niemal kazda potrawe jakims shrimpem czy smierdzaca muszelka celem ochrzczenia "louisianna style" no i stanowczo zbyt duzo nachalnej papryki. ktora niestety dominuje....
    .....Przejezdzajac przez Lousianne zawsze lubie posluchac Zydeco ale ta muzyka wygasa natomiast coraz wiecej stacji radiowych grywa "umpa-umpa" w spanishowym natretnie krzykliwym lub jekliwym wydaniu...
    Zaznaczam ze moja opinia jest czysto prywatna i nie zachecam urazonych tym czy owym rodakow do polemizowania w czym to zgodnie z polska tradycja chca zawsze i nade wszystko "miec racje"...."Chlop zywemu nie popusci"... .Pozdrawiam , Chris from Florida

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wizytę na blogu. Zapraszam też na moje profile na Facebooku i Instagramie.