31 marca, 2011

W koronie Statuy Wolności


Po niemal dwóch latach pobytu w Stanach przyszedł czas by w końcu wybrać się na Statuę Wolności.  Nie jest to takie proste, ponieważ chcąc popatrzeć na Nowy Jork z korony statuy, trzeba sobie zamówić bilet przez internet na kilka tygodni przed planowanym terminem. Pod koniec marca nadeszła moja kolej. Teraz już nikt mi nie wmówi jak to super tam wejść i jakie to super widoki. Po pierwsze, wejście to droga przez mękę (idzie się na piechotę), po drugie widoki są żadne. Ale od początku.


Żeby dostać się na wyspę, na której stoi Statua Wolności (Liberty Island) płynie się promem, który odbija od brzegu przy Battery Park niedaleko Strefy Zero na Manhattanie (jest też inna możliwość od strony New Jersey). Trzeba uzbroić się w cierpliwość, ponieważ bez stania w kolejce tej operacji przejść się nie da, nie wspominając o kontroli bezpieczeństwa podobnej jak na lotniskach. Prom płynie kilka minut, można zrobić trochę zdjęć.

Większość ludzi docierających na wyspę nie ma biletów upoważniających do wejścia na statuę (mam na myśli koronę). Wiedząc jak to wygląda w środku, wiem już dlaczego. Osoby, które dokonały rezerwacji na wiele tygodni przed, otrzymują na wyspie papierową opaskę na nadgarstek, która upoważnia do przejścia przez kolejną bramkę prowadzącą do szafek ze schowkami. Tam zostawia się wszystko. Można mieć jedynie aparat fotograficzny. Żadnych torebek, plecaków, nawet telefon każą zostawić (chyba, że telefon jest z aparatem i traktujemy go właśnie w ten sposób). Potem przechodzi się kolejną kontrolę bezpieczeństwa (jak na lotnisku) i w końcu jesteśmy przed wejściem do statuy. Nie można oczywiście iść natychmiast. Miła pani daje znak, wchodzi się grupami (po kilkanaście osób). Na szczyt prowadzi ponad 300 stopni. Pierwsza część drogi jest do przeżycia. Normalne schody. Po pokonaniu kilkudziesięciu stopni wychodzi się na taras widokowy umieszczony w cokole Statuy Wolności. Można chodzić dookoła i patrzeć na wszystkie strony. Z jednej widać Manhattan, z drugiej New Jersey.  Wszyscy fotografują.


schody prowadzące na szczyt Statuy Wolności
Prawdziwa droga ( w kierunku korony) zaczyna się jednak po tym przystanku. Tym razem na górę prowadzą kręte, wąskie, metalowe schody. Idzie się jakby dookoła kolumny, ciągle wspinając pod górę (zdjęcie obok) .
Osoba słusznej postury nie ma szans na swobodną wspinaczkę. Musi iść bokiem. Osoba ze sporą nadwagą zapewne by utknęła (sądzę, że w ogóle nie zostałaby wpuszczona). Szerokość schodów to jakieś pół metra...
Jest duszno, momentami ciemno i bardzo niewygodnie, nie wspominając o wysiłku. Człowiek już przeklina pod nosem ale liczy, że jak już w końcu dotrze na górę, to spotka go nagroda w postaci wspaniałego widoku. Nic z tych rzeczy.



w koronie statu
Docierając na szczyt najpierw widzimy pana siedzącego na krzesełku (pracownik obsługi), który upewnia nas, że to naprawdę koniec męki. Potem widzimy niewiele. Wnętrze korony Statuy Wolności (część przeznaczona dla turystów) jest tak małe, że swobodnie mogą tam stać jakieś 3 osoby. Mężczyzna słusznego wzrostu nie ma szans by się wyprostować. Jak już w końcu uda się stanąć przy małym okienku to ... nie ma na co patrzeć. Głównie widać wodę (rzekę Hudson). Należy zapomnieć o wieżowcach Manhattanu. Nie widać. Nie ta strona.

Gdybym miała komukolwiek polecić tę wyprawę powiedziałabym tak : jeśli chcesz się zmęczyć, spocić, bo lubisz sobie odhaczyć w notesie, że byłeś gdzieś, gdzie nie jest tak łatwo się dostać, to idź. Natomiast jeśli chcesz po prostu zobaczyć Statuę Wolności z bliska, zrobić ładne zdjęcia i pospacerować dookoła czy wypić kawę na miejscu, albo zjeść lunch wystarczy, że kupisz bilet uprawniający do wjazdu na wyspę (bez czekania kilka tygodni). Warto jednak zrobić rezerwację przez internet, dzięki temu stoi się w mniejszej kolejce na prom.

2 komentarze:

  1. Bylam!! I do dzis na sama mysl o tych schodach trzesa mi sie nogi w kolanach:) Przezylam tam koszmar, bylismy z Owczesnym (byly maz) i trojka dzieci (wiek 10,11,13lat), z ktorych kazde jeczalo "ciociu ja juz nie moge" "o rety kreci mi sie w glowie" a mnie brakowalo rak, zeby kazde z nich trzymac i chronic przed niechybna smiercia;)))
    Nigdy wiecej!!!
    PS. Dzis zaczelam czytac i bardzo mi sie podoba, swietny blog. Ja co prawda zjezdzilam juz Ameryke przez te 27 lat zycia tutaj, ale bylo to jeszcze na dlugo przed blogami, wiec Twoja dokumentacja przypomina mi to wszystko co sama kiedys widzialam:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozbawił mnie Twój komentarz:) I przy okazji przypomniała mi się moja własna droga przez mękę.

    Witaj na blogu, dziękuję:)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wizytę na blogu. Zapraszam też na moje profile na Facebooku i Instagramie.