28 marca, 2011

Georgetown Cupcakes


To było tak. Dwie młode kobiety w różowych kuchennych fartuchach i w różowych kaloszach stały wewnątrz ciężarówki i siłowały się z szafą grającą zrobioną z ... babeczek z kremem. Po chwili drzwi do samochodu otworzyły się i dziewczynom ukazał się policjant. Panie w kaloszach zrobiły wielkie oczy. Policjant miał groźną minę. Rzecz działa się na ulicach Waszyngtonu.

Tak w skrócie wyglądała jedna ze scen reality show, które zobaczyłam w telewizji, i którego akcja rozgrywała się w cukierni w Waszyngtonie. Bohaterkami były dwie siostry specjalizujące się w robieniu babeczek z kremem. Dziewczyny w trzy lata rozkręciły biznes słynny na całą Amerykę. Taki, o jakim człowiek tylko może pomarzyć. Biznes, który zapewnił im miliony dolarów, uwielbienie klientów oraz darmową reklamę w mediach.


Postanowiłam sprawdzić co takiego mają w sobie babeczki (cupcakes), że telewizja kręci o nich reality show a ludzie (tak pokazywali w tv) stoją w kolejce by je dostać. Wydawało mi się mało prawdopodobne, by w dzisiejszych czasach człowiek przy zdrowych zmysłach stał w kolejce po to, by kupić sobie ciastko z kremem. Wybrałam się więc do Georgetown, historycznej i eleganckiej dzielnicy Waszyngtonu gdzie działa ta cukiernia. Była sobota. Telewizja nie kłamała. W kolejce stało... jakieś sto osób! Oczywiście nie zamierzałam sterczeć za babką z kremem. Postanowiłam jednak, że tu wrócę, bo chciałam po prostu spróbować tych ciastek.

Kilka dni później namówiłam Pana X żeby pojechał ponownie ze mną do Georgetown. Tym razem na rowerze. To był środek tygodnia, późne popołudnie. Ludzie znów stali.
 
Pan X natychmiast oświadczył : ja nie stoję. Ostatecznie stanął przewracając oczami i pukając się w czoło. Staliśmy w sumie 25 minut ( za babką z kremem). W tym czasie wzdłuż kolejki chodził młodzieniec (nazwijmy go babkowym-porządkowym). Babkowy-porządkowy najpierw poinstruował nas byśmy nie zajmowali całej szerokości chodnika a następnie zagaił czy mamy jakieś pytania. Nikt nie miał. Babkowy-porządkowy wszedł więc do cukierni.

Do akcji przystąpiła wówczas babkowa-porządkowa, której głównym zadaniem było wpuszczanie odpowiedniej ilości osób do cukierni. Babkowa-porządkowa rozdała nam menu wydrukowane na różowym kartonie. Czekając na wejście do środka mogliśmy zapoznać się więc z ofertą Georgetown Cupcakes (taka jest nazwa cukierni). Pan X wciąż przewracał oczami. Wreszcie zostaliśmy wpuszczeni. Co za ulga. Przynajmniej nie trzeba było się chować, gdy ludzie przechodzący ulicą robili zdjęcia stojącym w kolejce.

W środku wszyscy trzaskali foty. Ja też. Chciałam natychmiast spróbować niemal każdej babeczki. Oczy i żołądek były jak w transie. Pan X mimo, iż wcześniej zakomunikował, że nie zje żadnej (z okazji wiosny zrzuca kilogramy), zmienił zdanie i zarządził, że na miejscu jemy po dwie. Stojąc przy kasie, nie wiedząc czy babki są smaczne i czy warto wydać na każdą ponad dwa dolary, dostaliśmy małpiego rozumu. Wybieraliśmy kolejne ciastka. Odeszliśmy od lady z dwoma pudełkami. W jednym były cztery babki do zjedzenia natychmiast, w drugim sześć do zjedzenia w domu. Pan X pochłonął swoje w dwie minuty pukając się ponownie w czoło.

Przed cukiernią powstał jednak mały problem. Kto ma jechać rowerem z babkami? Ja nie mogłam (bolał mnie palec). Pan X odmawiał z kolei jazdy z różowym pudełkiem na kierownicy. Trwały skomplikowane negocjacje. W końcu Pan X zgodził się (łaskawie).

Babki dojechały do domy w dość opłakanym stanie. Krem spłynął, ciastko się nieco zdeformowały. To nic. Zjedliśmy. Czy były to najlepsze babki świata? Nie sądzę. Dla mnie trochę za słodkie. No ale to najsłynniejsze cupcakes w Ameryce. Nie ma co wybrzydzać;)


1 komentarz:

  1. He He He... Dobre:) Pozdrawiam...Pana X również ;)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za wizytę na blogu. Zapraszam też na moje profile na Facebooku i Instagramie.